Cząstka

Ostatnie dwa dni pobytu były naprawdę ciężkie, ale nie ze względu na szczypanie Talika, ciągnięcie za bluzę Miszy czy też łapaniem przez dzieciaki za nie swoją miskę podczas obiadu, ale ze względu na świadomość wyjazdu. Każdy z tych ostatnich dni miał wręcz zawrotne tempo, nawet nie wiedziałem kiedy minęły i nasuwa się pytanie „Dlaczego tak szybko, przecież dopiero co przyjechałem?”. Szczególnie ostatni dzień przepełniony był ogromną radością z powodu możliwości spędzenia jeszcze tych chwil z dzieciakami i wręcz rozpłynięcia się w ich towarzystwie przez otrzymywanie takiej radości. W pewnym momencie dnia nasunęła mi się refleksja „Czy nie szkodzimy im dając pewnego rodzaju nadzieję?”. Już niby minęło kilka dni od powrotu, a ja ciągle widzę uśmiechnięte buzie podopiecznych z grupy II, czuję zapach ośrodka, czy słyszę ich śmiech. Zbyt wiele wydarzyło się przez te dni, jeszcze myśli są niepozbierane w jedna całość. Jestem pewny jednego było to doświadczenie, które warto było przeżyć. Mam tylko jedną cichą nadzieję, że chociaż cząstka mnie została w Zaułczu, bo cząstka Zaułcza zagościła we mnie.

Dziękuję

Matatias

Reklamy
Categories: Uncategorized | 2 Komentarze

zdjęć kilka…

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Marii

Chociaż wiadomo, że II grupa (chłopców) jest najlepsza, pomoc potrzebna była na grupie I – u dziewczynek/kobiet. Zawsze po cichu podziwiałam Mery, że oddała serce tej grupie. We wtorek i ja to zrobiłam.

Stało się to za sprawą żinek, które musiały myć okna, więc nie miały czasu, żeby kąpać podopieczne. Razem z Tanią (ukraińską wolontariuszką) przejęłyśmy ich obowiązki. Dziewczynki kolejno rozbierały się i wchodziły pod prysznic. Większość się kładła w brodziku (pomyslałam, że może po to, żeby się nie poślizgnęły). Wiedząc jak cenny skarb został mi powierzony, starałam się wykonać zadanie z największą dokładnością i delikatnością. Nie będę opisywała procesu mycia, bo to chyba każdy z nas zna 😉 ale mam ochotę pisać o tej  całej sytuacji, którą wydłużałam jak tylko mogłam i czyniłam ze sporym namaszczeniem, bo to spotkanie z każdą z dziewczynek z osobna było głęboko wzruszające i zbudowało między nami coś może nie wielkiego, ale zdecydowanie pięknego. Słowa to za mało, żeby opisać wygląd ich twarzy. Nieśmiało myślę sobie, że już nawet nie kąpiel sama w sobie sprawiała tyle przyjemności, co uwaga i  czas im poświęcony. Osobiście czułam się zaszczycona i ogromnie wdzięczna, że mogę uczestniczyć w czymś tak osobistym. Warto przejechać te kilkadziesiąt kilometrów, żeby zobaczyć ich oczy. Niby rozumieją tak niewiele a jest w nich jakby mądrość całego świata. Cały dzień potem, dotykając głowy, jakby przeczesując swoją fryzurę „na jeża”, pytały mnie czy jutro jak przyjadę też je umyję. „Ale ty Sasza, ty mnie wykąpiesz, dobra?”. Nie miałam wyjścia i od rana również byłam na I grupie. I w czwartek też.

Aleczka ciągle się uśmiecha. To modelka. Ponieważ nie ma paluszków, tylko mięciutkie kopytka, trzeba ją ubrać ale tylko w piękne, kolorowe ubrania. Odwdzięcza się słonecznym uśmiechem i maszeruje jak na wybiegu. Nic tylko ją fotografować.

Szura to zwolenniczka zdrowego jedzenia. Kiedy widzi w misce coś, co jej się nei spodoba odmawia otwarcia buzi. Instynktownie wie co jest tłuste a co chude. Jutro poproszę ją o rozpisanie dla mnie diety – przyda się. 😉

Olga to szefowa. Mało mówi, ale palcem wskazującym rusza cały czas. Dyryguje orkiestrą grupy I i nikt nei odważy się sprzeciwić. Wskazuje osobę i miejsce, w którym ma się znaleźć, wszystko „prawie :p harmonijnie” układa się i żyje. Kiedy jest czas przerwy opieram o nią głowę i mówię, że chociu spać. Olga przyciska moją głowę jeszcze mocniej do swojego ramienia i głaszcze tak zamaszyście, że wiem, że jestem bezpieczna.

Nawet Tania, królowa rozrabiaków już pomyślała o tym, żeby mnie poklepać odrobinę za mocno, ale Ira od razu wstała u boku Olgi. Ira ma rozumiejące oczy. Kojarzy fakty i zachowania jakby były równaniem matematycznym. To z tamtym spowoduje to.

Tania duża jest z kolei strażniczką Lubci. Obie chociaż młode, jak babuszki siedzą wspólnie na ławce, na huśtawce, są obok siebie przy posiłkach. Towarzyszki na dobre i na złe. Cieszą się razem i razem płaczą. Nie mam pojęcia jak to u nich działa a obserwuję je kiedy tylko mogę. Przyuważyłam, że nawet nei muszą się kontaktować wzrokowo, po prostu patrzą w ten sam punkt i nagle reagują identycznie. Celujące porozumienie. Jedność do pozazdroszczenia. Współczuję każdemu, kto odważyłby się wciąć między te dwie przyjaciółki.

Lisa lubi trochę się podenerwować. Dodatkowo jest twardą kobietą. Mogłaby pracować na budowie, nawet gdyby spadła jej na głowę jakaś cegła, nie zrobiłoby to na niej wrażenia. Wczoraj nabiła sobie największego guza jakiego w życiu widziałam. Gdyby był wycelowany bardziej na środek czoła, z pewnością uwierzyłabym w jednorożce.

Alina to przytulas. Choć każdy tutaj lubi się przytulać  ona jedna łapie mnie w pasie tak, że tracę całe powietrze. Myślę, że gdyby zorganizować zawody sumo, jej niewielki wzrost nie stanąłby na przeszkodzie zwycięstwu.

Przed powrotem na plebanię usiadł koło nas jakiś facet. Pyta jak dzieci. Bez większego namysłu odpowiedziałam, że tak sobie dumalam, że chyba mnie nie lubią. Reakcja była więcej niż błyskawiczna. Około 15 dziewczynek rzuciło mi się na szyję, nogi, brzuch, zrzuciły mnie z ławki na ziemię w ogromie przytulenia i cóż, zrobiły na mnie „kanapkę”. Chyba jednak mnie lubią.

Mogłabym pisać o każdej z kobietek, ale z nimi trzeba po prostu przebywać. Są indywidualnością, mają własne charaktery i własne światy. Jak tylko potrafię staram się wejść w ich postrzeganie rzeczywistości, z każdą chwilą ubolewam bardziej, że jestem zbyt niepełnosprawna, żeby dojrzeć to, co widzą one.

Na chwilę przed wyjściem podchodzi do mnie jeszcze jeden z pracowników ośrodka. Mówi, że ma ważną sprawę i że mogę mu pomóc. Przyklęka i mówi, że on jest sam, ja pewnie jestem sama (pozwolę sobie wtrącić jeszcze, że wcześniej pytał czy jestem z Polski i jak mam na imię – ot, cała nasza znajomość) no i że możemy być razem, przyjedziemy do Polski i weźmiemy ślub a potem się rozwiedziemy. Kto mnei zna, domyśli się mojej reakcji 😉

Kiedy wieczorem pochwaliłam się na plebani oświadczynami pomyślałam sobie, że ślub rozumiem, ale dlaczego od razu rozwód?! Jeszcze ani razu nie zdążyliśmy się pokłócić a tu już rozwód? 😉 Takie były natomiast głosy osób postronnych, dobiegające z kuchni: „Przynajmniej szczery!”, „Szybko się uwolnisz!”.

Sasza.

Categories: Uncategorized | 2 Komentarze

Matatias- Mój pierwszy dzień

Hmmm od czego zacząć. Pierwszą reakcją była radość z faktu pojawienia się w końcu na miejscu po męczącej podróży. W trakcie przebierania się ktoś rzuca hasło „Maciek, idziesz do bloku 4”, a po chwili dodając „Do dzieci”. Chwila zawachania, ale idę z przekonaniem, że źle być nie może. No to idę, Oxana pokazuję mi drogę i prosi ze żebym poczekał. No to czekam, a po chwili zaczynają przynosić dzieciaki. Tak na oko przynieśli ich około 15 i myślę „Oho zapowiada się ciekawie”. Zaraz potem przychodzi Oxana ze stertą ubrań. Prosi mnie o ubranie Tanji. No to okej i zaczynam jej zakładać koszulkę, po przeciśnięciu przez głowę patrzę na jej twarz i widzę uśmiech oraz radość w oczach. Odwzajemniam uśmiech i zabieram się dalej do ubierania, bo przecież inne dzieci też czekają. Dzisiaj dzieciaki wychodziły na dwór, było latania tam i z powrotem, ale dla widoki ich radosnych twarzy było warto. W pewnym momencie podczas znoszenia podeszła do mnie dzieczynka i zaczęła się przytulać, aż mnie zaskoczyło to jak bardzo potrzebują kontaktu z drugim człowiekiem. Nadeszła pora na obiad.  Myślałem, że karmienie drugiej osoby jest trudniejsze, że na około będzie pełno jedzenia, które wypadło, a okazało się całkiem proste dopóki nie zaczęły wtrącać się osoby trzecie- to Misza ciągnie za bluzę żeby go nakarmić, to Talik patrzy na miskę i prawie wkłada do niej głowę. Po obiedzie chwila odpoczynku i znowu ruszamy do dzieciaków. Znowu wychodzimy na dwór i nie mogę się nadziwić prostocie okazywania uczuć przez nie, w przysłowiowym „naszym” świecie jest to skomplikowane, a tutaj takie proste i czyste. Następne było kładzenie maluchów do swoich łóżek. Patrzenie w ich oczy pełne radości ze spotkania, ale też trochę pytające czy będę też jutro, aż żal było je zostawiać nawet na te kilka czy kilkanaście godzin. Odchodzę z myślą „już nie mogę doczekać następnego dnia”. Następnego dnis nastąpiło uświadomianie sobie, że to nie ja im daje tylko one mi siebie oraz to, że była to świetna decyzja tu przyjechać.

Matatias

Categories: Uncategorized | 4 Komentarze

Miłość nie bierze się z powietrza

Wcale nie byłam pewna czy powinnam jechać ma Ukrainę jeszcze raz. Tęskniłam za chłopcami z grupy II, obiecałam im rok temu, że wrócę. Jednak patrząc na motywy widziałam głównie siebie i moje pragnienie doświadczenia ich uśmiechu i humorów, doświadczenia tego ponownie. Starałam się też myśleć o tym, co mnie czeka już pod koniec września, o tym co będzie moją misją przez najbliższy rok i że to tam chcę się przygotować najlepiej jak tylko zdołam. Teraz w Załuczu Pan Bóg po raz kolejny pokazał, że On jest większy niż moje zastanawianie się, obawy, pytania. Jak to często powtarzał nam Simón, nie zawsze są tylko decyzje dobre i złe. Będąc z Bogiem i powierzając Jemu nasze decyzje, działania, wszystko czego się podejmujemy nie może stać się złe a przeżywając każdy dzień w Jego Obecności będzie błogosławił dzieła, których się podejmujemy

Wiem, że dla mnie już osobiście każde spotkanie, każde spojrzenie, uśmiech, łza były niesamowitym doświadczeniem i choć już tu byłam, choć już widziałam to te dzieci znowu rozbudzały we mnie miłość, dawały szansę, żeby się tej miłości uczyć. Bo chyba nie zawsze miłość bierze się z powietrza.

Niektórzy mówią, że nasze dzieci są mimo cierpienia bardzo szczęśliwe. Radość w ich oczach   z faktu, że stoi koło nich drugi człowiek jest tak ogromna, że zarażają tą radością nas – choć  paradoksalnie przecież to my przyjechaliśmy dzielić się radością i uśmiechem. Inni nazywają to miejsce wyspą męczenników, gdzie niezawinione cierpienie dzieci zarówno fizyczne, upośledzenie, jak i emocjonalne, psychiczne każą zadawać sobie pytanie „dlaczego im się to przydarzyło”. Chyba te dwa sposoby myślenia przenikają się i dodają temu miejscu wyjątkowości, bo zarówno majestatycznej powagi jak i wyśmiania tego  co dla wielu mogłoby wydawać się najważniejsze.

Jak jest naprawdę nie wiem. I w tym momencie nie szukam już nawet odpowiedzi. Powierzam wszystko Panu Bogu, który widzi te dzieci i widzi też nas, to co się w nas przemienia. Ufam, że tak jak z moim przyjazdem tutaj w tym roku i z resztą jak było zawsze – wyprowadzi najlepiej widząc tą wyspę dzieci z większej perspektywy niż ja.

Może te dzieci cierpią za innych. Może pójdą przed nami do nieba i w ostatecznym rozrachunku prędzej zobaczą Boga twarzą w twarz.

W tym roku dodatkowo szalenie istotne były dla mnie wszystkie osoby duchowne 🙂 Zarówno wspomniany już ks. Grzegorz,  ale i ks. Antoni, który dojechał po paru dniach naszego pobytu, jest teraz nowym wikarym na parafii (http://zabolotiv.blogspot.com/). Jakże cenne było również spotkanie z siostrami felicjankami, które z ciepłym uśmiechem i życzliwością dzieliły się swoją pracą. Czasem udało nam się coś dowiedzieć o ich powołaniu, usłyszeć historię z pierwszej ręki od płci pięknej – w końcu co kobieta to kobieta 🙂 Wieczorne rozmowy przy kolacji i grillu, wszystkie pytania i odpowiedzi, każda rozmowa, każde kazanie to wypowiedziane jak i wygłoszone w ciszy – one wszystkie dzięki łasce karmiły mnie i przygotowywały nie tylko na nadbiegającą już Boliwię, ale i na życie.  Za te wszystkie momenty, kiedy czuliśmy, że przybliżamy się do jakiejś tajemnicy, do sfery sacrum, jak i za momenty dziecinnej radości kiedy Marcela z Martą traktowały maskotkę Dzidzia jak członka rodziny wkładając go niemal do wszystkich dostępnych na plebani miejsc– dziękuję Dobremu Ojcu, który widząc moje wahanie tuż przed wyjazdem przygotował to wszystko.

O tych wszystkich ludziach z pewnością będę pamiętać nie w mniejszym stopniu jak to było przez ten rok. Czułam jak modlitwa przez te 12 miesięcy sprawiała, że kiedy przyjechałam ponownie wszyscy byli mi bardzo bliscy.

Ola

17740_546266695420398_1957188107_n

W serialu Plebania wystąpili, od lewej:
Monia (s.Labora), Marcela (s.Kołowa), ks.Grzegorz (proboszcz), ks. Antoni (wikary), Ola (Matka Przełożona) i Marta (s. Ora)
fot. by Pani Jadzia

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Przemienienie

Dzisiaj obchodzimy święto Przemienienia Pańskiego. Dzisiaj w małej rzeszowskiej kaplicy ksiądz Grzegorz odprawił ponownie tylko dla naszej czwórki Mszę Świętą. W Ewangelii czytamy, że Jezus bierze swoich bliskich i zmierza z nimi na górę. Dzisiaj również nadszedł czas na ostateczny powrót. Wracamy do Łodzi.

1

Widok na ukraińskie krajobrazy podczas podróży w samochodzie

Pobyt na Ukrainie, to moja góra przemienienia. Jezus się na nią wspiął razem ze mną. Dzisiaj kiedy wracam do Łodzi, chcę nauczyć się żyć z Bogiem w codzienności, także u stóp góry, ponieważ ten tydzień nauczył mnie wielu rzeczy. Zdałam sobie sprawę z tego, jak wiele mogę uczynić, jakie mam wielkie szczęście, że żyję. Ten czas uświadomił mi też, że im więcej Bóg daje mi łask, tym więcej ode mnie oczekuje. Ten czas to moje życiowe rekolekcje. Podobnież wszystko poznaje się po owocach. Widzę jak wiele w sobie muszę jeszcze uzdrowić, aby być dobrą kobietą, siostrą, córką, a w przyszłości także matką.

Mimo iż to był zaledwie tydzień doświadczyłam także kuszenia szatana. Co chwilę musiałam się wycofywać w działaniu, aby nie poddać się swoim uczuciom. Gdyby nie codzienna modlitwa, także ta po ukraińsku, która uczyła mnie pokory, chyba nie dałabym sobie z tym wszystkim rady. Wierzę, że po tym niezwykłym tygodniu, także przygód, śmiechu i wzruszenia, przyjdzie czas na zbieranie plonów z posianych ziaren. Bo w końcu „im więcej daje się Bogu, tym więcej się od niego otrzymuje. (bł. Karol de Foucauld)”

2

Przemienienie

Muszę wspomnieć o tym, że te wszystkie dzieci żyją w nadziei. Ich wiara w Boga, oraz taka dziecięca beztroska zaskakuje mnie za każdym razem. To co już zmieniło się na tej placówce to wielkie działanie Jezusa, a następnie ludzi, którzy przyczynili się do tych działań. Gdyby nie ksiądz Jan, ksiądz Grzegorz, siostry zakonne z Zabłotowa, wolontariusze, oraz ludzie wspierający placówkę, czy to materialnie, czy duchowo, to miejsce nie byłoby tym, czym je widziałam przez najbliższy tydzień. Te dzieci już nie są mi obce. To moje dzieci. Każde z nich jest zupełnie inne, choć dla nas często staje się jedynie niepełnosprawnym człowiekiem. Dobra jakie mnie dotknęło poprzez tych wszystkich ludzi, których dane mi było spotkać, mam nadzieję, że nigdy nie utracę, a będę potrafiła przekazać je innym. Za tą możliwość z całego serca dziękuję.

I tak na koniec zachęcam Was do spostrzeżenia misji w swojej codzienności. Łatwo nam być dobrym wśród nieznanych ludzi, a tak trudno wśród swoich najbliższych. Takie wyjazdy wymagają odwagi i trochę szaleństwa, ale dobro można czynić wszędzie. Jak to powiedział ksiądz Grzegorz: nie pytaj się czy misje mają sens, ale gdzie jest Twoja misja.

„Bez słów, bez kazania, bez rozgłosu, w milczeniu, dobrym przykładem można ludziom czynić nieskończenie wiele dobrego. (bł. Karol de Foucauld)”

Do ponownego zobaczenia na Ukrainie!

Monia

3

Owoc przemiany – znak Ducha Świętego

Categories: Uncategorized | 5 Komentarzy

…aż po jego zachód

Wracając do planu dnia II grupy, jednym z ważniejszych dla chłopców momentów jest pora obiadu. Myślę, że trzeba mieć wiarę i miłość, żeby patrząc jak chłopcy jedzą widzieć w nich niezmiennie człowieka. Między chrumkaniem, prychaniem i innymi dźwiękami (…) przewija się wyrywanie sobie misek, podkradanie części dania (oczywiście rękami) czasem więcej jedzenia jest na śliniakach (zawiązanych wokół szyi niebieskich ściereczkach) niż w ręce/łyżce/misce. Łyżka bywa zbędna. Każdy się spieszy, bo boi się, że dla niego zabraknie. Andriej zawsze jest pierwszy i prosi o dokładkę, wstaje z miejsca (każdy ma swoje ustalone miejsce przy stole) przepycha się, zrzuca przy tym Iwana, on płacze, zawartość miski wylądowała na Sławku. Maxim się cieszy, próbuje upolować w tej sytuacji coś dla siebie. Odwracam się, żeby podać innemu miskę (bo jeszcze nie dostał żadnej) a w tym momencie Wasil wyrywa miskę Igorowi. Ogarnia mnie rozpacz, bo to ostatnia porcja. Widzę kilka par oczu do których wzbierają łzy. Jedni upolowali swoje jedzenie, zawalczyli, zwyciężyli, widać, resztki zdobyczy na policzkach, w nosie, w uszach… Co zdążyło się stać kiedy na pięć sekund odwracałam się co chwilę, żeby podać kolejnemu głodnemu miskę…

Najwygodniej ma maleńki Wowa, którego karmi Marcela i nikt mu nie grozi.

Po obiedzie, na deser: banany. Za karę Wasil ma nie dostać swojego. Wręczam chłopcom owoce pilnując Wasila, choć dzieli nas stół i muszę się czasem mocno nachylić, żeby powstrzymać jego szybką i silną rękę. Zza pleców atakuje banany duży Wowa i Igor –  w tym momencie potrzebuję trzech, albo lepiej czterech rąk, żeby ogarnąć sytuację. Oczywiście rąk brak (-warto to zaznaczyć, bo Załuczu wszystko możliwe;) ). Wasil wykorzystuje swoją szansę. Podbiera banany kolegom, kiedy do niego dobiegłam zdążył już zjeść ze dwa (albo i więcej) a ostatniego, którego chowa w ręce zgniata – niby to na złość dla mnie. Wasia próbuje zdjąć niebieski materiał zawinięty wokół szyi, który już nie jest mu potrzebny, znajduje tam jeszcze resztki rozmoczonej kaszy z odrobina surówki i celuje we mnie. Pyszne.  Na dokładkę dostaję tym niebieskim zawiniątkiem (śliniak wcześniej zwilżony zupą, która nie trafiła do buzi). To wszystko przypomina mi dlaczego właśnie Wasil jest przywódcą maluchów. 🙂

Ogólna zależność,  którą odkryłyśmy z Marceliną niemal jak prawo fizyki: Natala jest na grupie – da się wszystko ogarnąć. Natali nie ma – każdy biega gdzie chce, robi co chce, rzuca czym chce. Natala zasługuje na nobla.

IMAG0990 (Kopiowanie)

Uśmiech Czarnego Igora

Przed obiadem/po obiedzie wychodzimy na dwór – kiedy jest nas więcej wolontariuszy możemy zabrać więcej dzieci – każda dodatkowa para rąk oznacza, że ktoś więcej wyjdzie z salki na świeże powietrze i będzie mógł chwilę pobiegać (a my za nim), pojeździć na taczce albo ją ciągnąć, pozjeżdżać na zjeżdżalni, bawić się w piaskownicy (czasem = jeść piasek) huśtać, leżeć na kocu i wszystko co przyjdzie zarówno nam i im do głowy. W deszczowe dni zostajemy w salce i tańczymy – prawdziwa dyskoteka, trzy dziewczyny i 20 chłopców to chyba marzenie w Polsce 😉 Nowy chłopak – Andriej i duży Wowa – mają niezłe poczucie rytmu, z Marcelką próbowali kankana, tango i inne, reszta bawiła się wspaniale ze mną, bo nam muzyka w tańczeniu nie przeszkadza 🙂 w pewnym momencie kiedy przestałam skupiać się na rozumieniu słów utworu a po prostu skakałam z Andriejem zaskoczył mnie fakt, że rozumiem słowa piosenki, nawet pomyślałam, że chyba już zaczynam się przestawiać na ukraiński tak bezboleśnie i rozumiem o co chodzi w każdym słowie.. po paru sekundach radości załapałam, że z CD lecą polskie przeboje… 😛

Po obiedzie muzyka robi się spokojniejsza, Natala kładzie chłopców na dywanie, niektórzy sami się kładą, słyszę jak kilku z nich powtarza za wolontariuszką „spate”, Wasil, urodzony przywódca bandy mniejszych chłopców chodzi za Natalą i przyciska głowę Andrieja, który jeszcze się nie zdecydował czy posłusznie położy się spać czy coś powymyśla innego: „Andriej, spate!”. Przy polskich kołysankach faktycznie wielu z nich zasypia, reszta po prostu się uspokaja i odpoczywa – w końcu dyskoteka była męcząca, choć nie mam cienia wątpliwości, że bardziej dla mnie niż dla nich.

Paru większych chłopców Natala zaprasza do stolika gdzie gramy. Każdy ma swoją ulubioną zabawę. Duży Wowa układa Domino, Czarny Igor (od włosów a nie koloru skóry) przyporządkowuje wagoniki skojarzeń np. pasta do zębów-szczoteczka-ręcznik albo krowa-mleko-ser, Igor Blondyn układa karty, najpierw oddziela je kolorami (próbowałam podkraść mu jeden dzwonek i położyć z sercami to od razu zauważył i machając rękami pokazywał, że to źle), potem układa je od najmniejszej 2 do króla i asa. Próbowaliśmy też układać puzzle, w tym najlepszy jest Wowa, ale niektórzy odwracali kawałki układanki na drugą stronę. Dwa razy poszliśmy do salki Multikino i oglądaliśmy tą bajkę o samochodach… Dwóch chłopców było wpatrzonych w ekran telewizora, reszta się oglądała na pozostałych, tych, którym się nudziło i zaburzali porządek stopniowo wynosiłyśmy „na grupę” -czyli do salki II grupy, a reszta w ciszy próbowała naśladować oglądających, choć chyba nie do końca wiedzieli na co patrzeć, bo ścigające się maszyny nie były wystarczająco interesujące.

Można by pisać jeszcze o tym jak Wasil podczas jednego seansu szybkim ruchem ręki posadził sobie na nogach chudziutką dziewczynkę i próbował ją głaskać, opiekować się jak to zaobserwował, że i my robimy, napisać trzeba, że i to szybko się znudziło i równie szybkim ruchem zrzucił ją ze swoich kolan na szczęście w miarę szybko – tym razem – zareagowałyśmy. Takich śmiesznych/ nieśmiesznych sytuacji jest nieskończoność. Nie da się o nich pisać wystarczająco ani zrozumieć bez przeżycia i doświadczenia ich na własnej skórze.

Godzina 16:00, Natala mówi, że czas się zbierać do Zabłotowa, bus czeka. Marcela kładzie się na ziemi i odmawia posłuszeństwa biorąc przykład z naszych chłopców. I ja się buntuję – chcemy tu zostać. 🙂 „Bo pójdziesz na grupe” – straszy Natala z uśmiechem – my właśnie na to czekamy, odpowiadamy „papa Natala” :).

Ola

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Od wschodu słońca…

Już przekraczając próg ośrodka doznałam szoku – pozytywnego 😉 w zeszłym roku zaczynając pracę w poniedziałek zaopatrywałyśmy się z Natalą i Marcelą w orbitki, teraz po prostu zagadałyśmy się, na słonecznym polu przywitał nas Igor (poznał nas tak jak reszta chłopaków) i  zupełnie normalnie weszliśmy do budynku. Nie zaskoczył nas – cóż tu ukrywać – zapach, który w rok temu był dla mnie największą barierą do pokonania. Idziemy dalej, do sali chłopaków a w niej dywan (no, może bez szału wizualnie, ale zawsze dużo lepszy niż zasikana podłoga), ściany pomalowane, na nich obrazki: kwiaty, motyle (fakt, widać, że niektórzy chłopcy chcieli pomóc w upiększaniu ścian i są gdzieniegdzie rozmazane ślady małych rączek). Kiedy Natala otwiera szafę z ubraniami widzę dużo bluzek i spodni na przebranie. Każdy z chłopców ma buty, ich stan nadal pozostawia wiele do życzenia, np. Romana zimowe buty a la glany (przypomnę, było 36stopni) trzymały się jedynie na pięcie, ale kurczę – były! Szafa z odzieżą otwarta, chłopcy zobaczyli nas z sąsiedniej salki – właśnie, są 2 salki teraz  w tej dobudowanej na stałe przebywają chłopcy starsi, których trzeba trochę odizolować od reszty, którzy są może trochę niebezpieczni, albo nie lubią nosić na sobie ubrań, jest to też salka gdzie z tyłu podczas remontu założono prysznic i umywalka i uwaga… trzy muszle klozetowe. Zwyczajem już się stało, że po obiedzie chłopcy zasiadają na nich. 🙂 naprawdę ogarnęło mnie ogromne wzruszenie, że nie siedzą już na tych metalowych „nocnikach” wyglądających jak małe, poobijane miski z PRLu a w ludzkich warunkach załatwiają potrzeby fizjologiczne. Widać, że i oni są dumni z tej modyfikacji.

Nad zmianami czuwa dzielnie ksiądz Grzegorz, gdyby nie jego zainteresowanie i oddanie temu miejscu, wspomaganie wolontariuszy i remontów, kontrolowanie i sprawdzanie działań państwowych pracowników ośrodka zapewne większość środków zostałaby rozkradziona albo zmarnowana. Drugą osobą o której myślę cały czas z największym szacunkiem i uznaniem (wcale nie słodzę, bo pewnie i tak tego nie przeczyta :P) jest Natala, która jest wolontariuszką z Zabłotowa i już od 5 lat opiekuje się II grupą.

Natala jest nie tylko przegenialnym pedagogiem, psychologiem, wychowawcą i opiekunem, ale potrafi połączyć zdrowy dystans i pełne uczucia zaangażowanie w stosunku do chłopaków. Kieruje się ich dobrem i rozwojem. Wie, że żeby mogli się choć trochę usamodzielnić musi od nich wymagać (np. ubierają się sami mimo paraliżu niektórych mięśni, porażenia mózgowego i innych chorób o których chyba jeszcze napisze kiedyś Marcelina). Natala zawsze wie kiedy ma być twarda i nieustępliwa, żeby podopieczni nie weszli na głowę a kiedy może pozwolić im zrobić coś więcej, np. zanieść gdzieś miskę (choć ryzykuje tym, że inne dziecko może nią oberwać po głowie do nieprzytomności :P).  Natala zawsze wie kiedy i którego chłopaka zmobilizować a kiedy ukarać. Trzyma dyscyplinę, w końcu jest jedyną kobietą wśród 20-30 mężczyzn a jednocześnie zachowuje swój wdzięk, łączy w sobie bycie matką, siostrą, rehabilitantką, terapeutką. Opowiadała nam często o tym, czego uczyła się na kursach przygotowujących do pracy z niepełnosprawnymi: są pewne granice, których przekraczać nie wolno, np. za dużo przytulania nie jest dobre – Natala przybija „piątkę” z Igorem, który jeśli się już przylepi to koniec „kapiec” 😛 – nie puści, obejmuje i cieszy się tą bliskością drugiego człowieka. Czasem też chce dać nam buziaka w policzek (nie tylko Igor :P) jeszcze częściej to ja mam ochotę całować chłopców, Iwana, Maxima, Wowkę, Wasila (choć ten to by się nie dał :P) a przede wszystkim ukochanego, rudego Aloszkę. Naprawdę sama muszę się mocno pilnować, żeby nie przegiąć z tą czułością. Chłopaki już w ogóle w tym roku nie są dla mnie grupą niepełnosprawnych, z pokojem w sercu mogę napisać, że pokochałam cieknącego śliną Bogdańczyka (czasem ogromna kulka śliny zmieszanej ze zjedzoną przed chwilą czekoladką kapnęła mi do sandałka tworząc chlupiące błotko), pokochałam powykrzywianego Igora, który w tym roku bardzo pomaga organizacyjnie, bo przenosi inne dzieci i od razu pokazuje kiedy coś jest nie tak. Kocham drugiego Igora, który ma tak spowolnione ruchy, wstydzi się i ciągle uśmiecha z językiem na wierzchu, kocham Maxima, który jak tylko mnie widzi krzyczy „ałuuu”, kocham Wanieczke, który specjalnie wolno przebiera nogami, żeby nacieszyć się obecnością osoby, która pomaga mu iść, czasem próbuje pstryknąć światło na korytarzu, zawsze chce huśtać się na hojdynce. Kocham maleńkiego Wowkę i jego sześć palców, które wiecznie wpycha do buzi i ssie, w tym roku jego paluszki nie są już tak „rozłożone” i miękkie od enzymów w ślinie, choć nawyk nadal jest pakowania „ruk do rota”. Kocham Aloszkę, który do twarzy ma zawsze przyklejony uśmiech, przytula się szeroko otwartymi ramionami i ściska tak, jakby chciał przez to powiedzieć, że już nigdy mnie nie puści. Zawsze kończąc pracę danego dnia wołałam jego imię żegnając się a on – nie wiem jak to robił, ale jeszcze bardziej poszerzał swój uśmiech obdarowując mnie swoją promienną, dziecięcą radością, przekrzywiał główkę do ramienia, niby to trochę zawstydzony i machał rączką. Naszych dzieci jest o wiele więcej, nie będę pisać o każdym  z osobna, chociaż bardzo mam na to ochotę 😛 o niektórych pisał Tomek, wolontariusz, którego jeszcze nie poznaliśmy osobiście, ale o którym ciągle słyszymy, stworzył on stronę http://www.pomocdlazalucza.pl/ gdzie można obejrzeć więcej zdjęć i poczytać o niektórych ze 130/180 dzieci, które mieszkają w Załuczu.

Ola

DSC02332 (Kopiowanie)

Alosza po roku

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Doświadczyć Boga w drugim człowieku

Zbliżający się powrót wiąże się z jakimiś podsumowaniami, z refleksjami, z jeszcze niedawno przeżytymi wydarzeniami, które stały się miłymi wspomnieniami. Przed oczami widzę buźki dzieci. Te smutniejsze i radośniejsze twarze. Zauważam, że czasami wykonuję ruchy, które kojarzą mi z niektórymi z nich. Jak tak cofnę się wstecz, to zadziwia mnie to, że kiedyś te dzieci były dla mnie zupełnie obce, a teraz są już w moim sercu. Tak zupełnie nieznane, straszne dla oka, czy węchu, stały się częścią mnie.

DSC02328 (Kopiowanie)

Dasza

Dasza ma siostrę bliźniaczkę. Spośród nich dwóch to ona urodziła się z porażeniem i trafiła do sierocińca. Jej zdrowa siostra, pozostała z rodzicami w domu. Dziewczynka ma świadomość, że żeby rodzice ją chcieli, musi zacząć chodzić, dlatego przy każdej okazji podczas chodzenia po schodach krzyczy „ja chociu sama”. Daszę pamiętam ze zdjęć z zeszłorocznego wyjazdu dziewczyn. Ma krótsze włosy niż na fotografii. Choć jest chudziutka, to kiedy trzymam ją w rękach, aby mogła trochę samodzielnie popróbować chodzić, po chwili tracę siły. Bardzo lubi bawić się w piaskownicy. Chce przesypywać mi piasek do moich rąk. Jako, że nie potrafię zapamiętać jej imienia, to co chwilę zgaduję jakie ma imię. Wymieniam wszystkie mi najlepiej znane i natrafiam na Basię, która powoduje w niej wielki wybuch śmiechu. Od teraz Dasza stała się moją Basieńką.

DSC02354

Ala

Ala ma chorobę, która objawia się przez ubytki na twarzy, rękach i nogach. Dziewczynka kompletnie nie ma palców u rąk i stóp. Widać tylko króciutkie członki lekko wystające poza skórę, jakby założyła jakąś folię, przez którą próbują się przedostać palce. Obserwuję jak Ala tańczy z Martą. Nie potrzebna jej muzyka, aby się dobrze bawić. To jedna z osób na placówce, która co chwilę się z czegoś śmieje i cieszy. Zauważam na jej szyi korale. Jak się później okazuje sama je wykonała. Choć nie ma dobrze rozwiniętych kończyn potrafi trzymać cieniutką żyłkę i nałożyć na nią kilkadziesiąt kolorowych koralików. Zdarzyło się, że przy przypatrywaniu się jej w ciągu pracy, przekazała mi żyłkę do przetrzymania i nakładała delikatnie koralik. Przy każdym udanym nałożeniu cieszyła się tak bardzo, jakby wygrała w jakimś konkursie, zdobyła Mont Everest, czy wygrała w Lotto. Nie myśli ile jeszcze przed nią, aby skończyć całą ozdobę. Ala stała się moją motywacją do ćwiczenia cierpliwości w sobie.

IMAG1010 (Kopiowanie)

Stiopka z Martą

Stiopka poznaję u Marty w grupie. Na początku ciągle widywałam go w wózku. Podczas karmienia wydzielał dużą ilość śliny. Jego ciało również doznało porażenia. Nie może samodzielnie chodzić i nie mówi. Zauważam, że jedno oko patrzy w innym kierunku niż drugie. Kiedy wychodzimy z dziećmi, chłopiec z czasem podchodzi bliżej mnie. Ręką chyba próbuje dosięgnąć moich okularów. To niezwykłe, że to co jest dla mnie lekkim problemem w codziennym życiu, dla dzieci staje się bardzo interesujące. Stiopka z czasem drapie mnie w ramię. Myślę, że to takie dziecięce okazywanie uczuć. Jedno oko chłopca patrzy prosto w moje oczy. Właśnie przed chwilą Marta poinformowała mnie, że ten mały chłopiec, który wygląda zaledwie na 2 lata, ma aż 18 lat. W jego oczach widzę potwierdzenie. Widzę to zrozumienie i jakąś taką wdzięczność za to, że jestem. Po prostu jestem obok niego.

Takich dzieci w Załuczu jest ponad setka. W całej Ukrainie 57 ośrodków. Dzieci niechcianych, porzuconych, osieroconych, chorych z powodu błędu lekarza, w wyniku ataku bomby atomowej. Z czasem kiedy poznaję te dzieci, zastanawiam się dlaczego tak jest. Dlaczego muszą tyle cierpieć i czy w ogóle zdają sobie z tego wszystkiego sprawę? Dla niektórych ich świat kończy się zaledwie na jednym łóżku z metalowymi prętami, o które często uderzają głową. Zastanawiam się, dlaczego ja nie cierpię, albo dlaczego cierpię wciąż za mało? Dlaczego to ja mam patrzeć na ich cierpienie? Czym sobie na to zasłużyłam, albo dlaczego to mi zostało dane takie życie, że mam sprawne ciało, mogę mówić, myśleć, widzieć, słuchać, odczuwać zapachy? Jak wiele muszę dobra uczynić, aby swoim zdrowym ciałem móc dorównać działaniu tych dzieci? Wierzę, że każde z nich, kiedy umrze dostanie się prosto do Nieba. A jak będzie ze mną? Czy wykorzystuję swoje życie na tyle na ile mogę?

Monia

DSC02359

Ania

DSC02374

Tania

DSC02375

Gruby
Zdjęcie z dedykacją i pozdrowieniami od Grubego dla Knejka

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Załuczański świat

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com.